Amisze na polskiej wsi

W województwie lubelskim – na Roztoczu, swoje miejsce na ziemi, znalazła jedyna rodzina Amiszów w Polsce – państwo Martinowie. Przyjechali do kraju nad Wisłą blisko 30 lat temu. Ich plany osadnictwa zakładały sprowadzenie ze Stanów Zjednoczonych przynajmniej kilku rodzin i zorganizowanie większej społeczności. Nie udało się – zostali, a ich rodzina powiększyła się – o siedmioro dzieci. Prowadzą gospodarstwo i żyją w zgodzie z naturą, nie uciekając przy tym przed nowinkami technicznymi i unijnym wsparciem.

Slowlife w stylu Amiszów

Anita i Jakub Martinowie, najpierw mieszkali w województwie mazowieckim, ale jak podkreślają – ziemia była tam dla nich za droga. Postanowili więc wyruszyć w Polskę i znaleźć coś na ich kieszeń i możliwości. Idealnie wydało im się w niewielskiej lubelskiej wsi i tu się osiedlili. Od podstaw stworzyli tu gospodarstwo. Nie jest może zbyt nowoczesne, ale niczego tu nie brakuje. Pan Jakub sam zbudował dom, oborę, stodołę i warsztat stolarski. Jest rolnikiem na swoich – polskich włościach. Na dodatek, korzystającym z unijnych dopłat.

Mamy bydło mleczne, bydło opasowe, zwierzęta mają kolczyki, wszystko zgodnie z przepisami. Mamy też króliki, kury. Mały sad i pola ze zbożem. Starsi synowie pomagają we wszystkich pracach. Mamy małego ciapka, mamy wóz. Jesteśmy praktycznie w stanie wyżywić się z tego, co daje nam gospodarstwo. Chcemy być w jak największym stopniu samowystarczalni i jesteśmy. Rzadko chodzimy do sklepu. W dobie pandemii, wiele osób chciałoby mieć takie samowystarczalne gospodarstwo, a my w sposób naturalny – już dawno do tego doszliśmy, że warto mieć wszystko swoje, wypracowane własnymi rękoma – opowiada Jakub Martin.

Wszystkie budynki są obite blachą falistą. Brak tu współczesnego, rolniczego sprzętu i środków ochrony roślin, nawozów. W gospodarstwie króluje praca ręczna, nie stosuje się tu chemii. Życie państwa Martinów, płynie zupełnie innym rytmem. Rytmem, który wyznacza natura. Można powiedzieć, że to takie slowlife – w swoistym stylu. Rodzina nawet nie ogrodziła swojej działki. Po co? Jeśli ktoś będzie chciał, to i tak tu wejdzie – tłumaczą. Poza tym, jak wyjaśniają, żadnych złodziei się nie boją. Dobra doczesne nie mają dla nich zbytniej wartości. Nie gromadzą wielu rzeczy, tylko te pierwszej potrzeby.

Po co tak pędzić? I tak wszyscy kiedyś umrzemy. Trzeba czerpać z natury, z chwil, jakie umożliwia nam życie. Podsłuchać śpiewu ptaków, cieszyć się zapachem siana, promieniami słońca. Dobra doczesne przemijają, są tylko na chwilę, w sekundę je można stracić. To w prostocie tkwi siła, a nie w konsumpcjonizmie. Po co mam biec w wyścigu szczurów, kupować rzeczy, których nie potrzebuję, na które przeminie moda, które się zużyją. Wolę kolekcjonować chwile. Jemy jabłka z sadu, do obiadu mamy warzywa z naszych zapraw, chleb pieczemy z naszego ziarna. Gdzie się spieszyć i po co? – retorycznie pyta Jakub Martin.

Chcesz czytać dalej?

https://agronomist.pl/artykuly/amisze-na-polskiej-wsi

https://agronomist.pl/

2 polubień
Poprzedni wpis: Polskie sery z unijnym certyfikatemNastępny wpis: Halina Olejniczak i jej sportowa misja

Powiązane wpisy