Kapuściane królestwo Emilii Sznajder

Dorastała w rolniczej rodzinie z kiszonkową pasją, ale przekornie wybrała dla siebie zawód finansisty. Po latach w korporacjach, okazało się, że tylko wieś i gospodarstwo, pozwalają jej żyć pełną piersią. Z dala od rodzinnego domu, zrozumiała również, że miała pod nosem skarb, którego nie doceniała – najlepszą kapustę kiszoną, jaką jadła. O pełnym miłości dbaniu o utrzymanie tradycji kiszenia, rodzinnej marki i nowatorskim podejściu do gospodarowania, opowiedziała Marii Sikorskiej Emilia Sznajder z warzywnego gospodarstwa na Dolnym Śląsku.

Kto zapoczątkował w Pani rodzinie kiszonkową pasję? Od ilu pokoleń Pani rodzina jest związana z kapuścianym biznesem?

Wszystko zaczęło się tuż po wojnie. Mój dziadek – Stefan Sznajder razem z babcią Zosią, przeprowadzili się ze Stanisławowa z kresów wschodnich i osiedlili się w Dolinie Baryczy. Dziadek z wykształcenia, zamiłowania i pasji, był stolarzem. Kochał drewno, miał swoją stolarnię, robił przepiękne meble. Okazało się, że jest duże lokalnie zapotrzebowanie na dębowe beczki, bo wszyscy dużo kisili. Szybko został więc najlepszym w okolicy bednarzem i robił rocznie nawet 200-300 beczek. Dziadkowie również prowadzili gospodarstwo i kiedy im ogórki obrodziły, babcia stwierdziła: To może i my też zakisimy? I tak się to u nas zaczęło… Mamy zdjęcie babci z 1964 roku, kiedy podlewa rozsadniki z kapustą. Wtedy już kiszenie ogórków i kapusty, było regularnym zajęciem naszej rodziny. Mój tata Włodzimierz i jego brat Jan, datują początek tradycji kiszenia warzyw na sprzedaż na rok 1962, więc już niedługo będziemy obchodzić 60-lecie. Kiszenie po dziadkach przejęli synowie: Włodzimierz i Jan, rozbudowując gospodarstwo na dwa odrębne. Teraz to właśnie ich dzieci, kontynuują tę tradycję. Kilka lat temu trafiliśmy na “Gastronomiczną Mapę” Niemiec z 1897 roku, na której każdy region był oznaczony produktem kulinarnym, z którego słynie. Ponad 120 lat temu Dolina Baryczy była w obszarze Niemiec i została oznaczona na tej mapie dębową beczką z napisem Sauerkraut, czyli kiszona kapusta. To jest coś niesamowitego! Bo dzięki naszej rodzinie, tradycja kulinarna regionu – tradycja kiszenia, przetrwała nawet mimo wojny i jest kontynuowana już 120 lat. Dziś w Dolinie Baryczy kiszą już tylko Sznajderowie. A wszystko dlatego, że przypadkowy bednarz ze Stanisławowa 60 lat temu osiedlił się w Dolinie i zaczął kisić, nauczył tego swoich synów, a oni swoje dzieci. Choć uważam, że nie ma przypadków…

Czy zawsze wiedziała Pani o tym, że kapuściany biznes jest Pani przeznaczeniem, czy najpierw próbowała Pani od niego uciec?

Moi rodzice: Elżbieta i Włodzimierz, tworzyli gospodarstwo na nowo, w opuszczonych poniemieckich zagospodarowaniach w latach 70. Wujek Jan (starszy brat), został na gospodarstwie dziadków. Ja urodziłam się w gospodarstwie kiszonkowym. Życie, zajęcia, pracę i odpoczynek, wyznaczały pory roku, pogoda i przyroda. Każde wakacje, to zbiory i kiszenie ogórków. Każda jesień, to wycinanie i kiszenie kapusty. Wiosna to sianie malutkich ziarenek kapusty na rozsadę i plewienie z chwastów. Do dziś pamiętam 1 maja. U nas świętowało się wtedy plewieniem kopru i czosnku na polu. Pamiętam, że jako dzieci pytałyśmy mamę: Dlaczego my pracujemy? Przecież jest święto! Odpowiadała ze śmiechem: Przecież to święto Pracy, więc pasuje idealnie, zobaczcie ile chwastów! Codziennie byliśmy razem. Rodzice pracowali z nami w polu, z czwórką rodzeństwa. Doceniam to po latach, bo mieliśmy siebie nawzajem, byliśmy blisko, razem się zmęczyliśmy podczas pracy polowej i razem odpoczywaliśmy. Jako dzieci, szanowaliśmy pracę i wiedzieliśmy, że warto się wysilić, że potem “pięknie rośnie”. Choć z wiekiem, był oczywiście bunt. Dlaczego nie wyjeżdżamy na wakacje? Dlaczego latem ogórki zrywamy codziennie, nawet w niedzielę? Dlaczego nie ma ani dnia odpoczynku? Udało nam się kiedyś wyjechać na ferie zimowe całą rodziną do Karpacza. Długo nam zajęło zrozumienie, że wakacje właściwie możemy robić sobie tylko zimą. Dla mnie ucieczką, odpoczynkiem, była szkoła. Uwielbiałam się uczyć, łatwo mi to przychodziło, szczególnie matematyka. Z czasem było dla mnie oczywiste, że skończę dobre studia i zacznę własne życie. Pamiętam, jak przed maturą pojechałam z tatą na pole “obejrzeć jak rośnie”. Bo wiosną niedziele spędza się rodzinnie na popołudniowej obowiązkowej wycieczce po polach, zobaczyć czy wszystko ok, spojrzeć z szerszej perspektywy, z dystansu. Pamiętam, że nas, dzieci, bardzo to nudziło, mieliśmy już dość tego pola. Teraz rozumiem, jakie to ważne – być, obserwować. Praca rolnika to całe jego życie. Nie da się odciąć na osiem godzin i wolne. No i na tym polu tata widząc, że stresuję się egzaminami, mówi pocieszająco: Emilka, nie martw się tą maturą aż tak, wcale nie musisz mieć piątek, nawet jak czwórek nie będziesz miała, nic się nie stanie. Właściwie – wcale nie musisz tej matury zdać! Patrz! Ile hektarów! Patrz ile ogórków! Zawsze będziesz miała co robić! Łatwo się domyślić, że lepszej motywacji nie potrzebowałam. Świetnie zdałam maturę i dostałam się na najbardziej oblegane studia we Wrocławiu i to na dwie uczelnie. Wybrałam Finanse na Uniwersytecie Ekonomicznym. Ukończyłam studia z wyróżnieniem i dostałam wymarzoną pracę audytora w słynnej, światowej firmie PWC. (Pricewaterhousecoopers). To były czasy, gdy o pracę się walczyło, na 8 miejsc było 2000 kandydatów. W tej ósemce, znalazłam się ja i mój mąż Jarek. Tam się poznaliśmy. Niesamowite jest to, że Jarek (po finansach na SGH), również pochodził z gospodarstwa rolnego, a dokładniej sadowniczego, z lubelszczyzny. W tej ósemce znalazła się dwójka dzieci rolników, z malutkich wsi, bez asfaltu i bez telefonów. Teraz wiemy, że to właśnie nasze dzieciństwo na wsi ukształtowało naszą pracowitość, pozytywną energię, otwartość na nowe, chęć do działania, do tworzenia. Na wsi uczysz się, że jeśli chcesz – możesz wszystko, wystarczy tylko ciężka praca.

Co się stało, że jednak wróciła Pani na wieś?

Zamieszkaliśmy w Warszawie, pracowaliśmy w dużych globalnych koncernach, a nasze kariery nabierały zawrotnego tempa. Wzięliśmy ślub, zaczęły rodzić się dzieci, a ja czułam się jak w klatce. Całe życie spędziłam na dużych przestrzeniach, wystarczyło wyjść przed dom i miałam zieleń drzew, piękny zachód słońca, błękitne niebo aż po horyzont, śpiew ptaków, a nocą tysiące gwiazd i drogę mleczną. A w Warszawie blok, zieleń z okna trudno było wypatrzeć, wszędzie daleko, hałas, tłumy, ścisk. Czułam się jak wróbel zamknięty w klatce. Gdy nasza córeczka zapytała, jak wyrastają te truskawki na półkach w sklepie – zrozumiałam, że potrzebuję dla mnie i mojej rodziny czegoś innego. Udało nam się kupić ogródek działkowy obok naszego bloku, niedaleko al. Jana Pawła II i odtąd te 400 m2 zieleni to był mój raj na ziemi. Codziennie chodziłam tam z dziećmi, mieliśmy swoje truskawki, cukinie, papryki, pomidory i …oczywiście ogórki. Zaczęły tak obradzać, że nadmiar woziliśmy do ZOO dla świnek morskich! Zdaliśmy sobie sprawę, że zaczynamy się rolniczo urządzać w centrum Warszawy. A ja tymczasem, ciągle tęskniłam za Dolnym Śląskiem, za Doliną Baryczy. W końcu udało mi się męża przekonać, by przenieść się do Wrocławia, gdzie dostał pracę w kolejnej korporacji a ja zajęłam się dziećmi. Gdy mieszkałam w Warszawie – przekonałam się, że niełatwo jest znaleźć dobrą kapustę kiszoną. Wtedy dopiero, pierwszy raz musiałam kupić coś kiszonego (szczególnie w ciąży miałam wielką ochotę) i okazało, że ta nasza jest wyjątkowa, że nie ma drugiej takiej, że wszystko co kupuję – zwyczajnie mi nie smakuje. Zrozumiałam, że ta nasza kapusta to skarb, skarb o którym nikt nie wie. A ja umiem to zmienić. Zadzwoniłam do brata Michała, który przejął gospodarstwo po rodzicach i tak się zaczął mój powrót do korzeni.

W Dolinie Baryczy kisicie tylko Państwo. Dlaczego tak się stało? Trudny kawałek chleb?

Rzeczywiście tak wyszło, że po tylu latach w Dolinie Baryczy kiszą już tylko Sznajderowie. Oczywiście, przede wszystkim to świat się zmienił. Ciężka praca na wsi nie jest tak atrakcyjna dla młodych jak miasto, w którym ciągle coś się ciekawego dzieje. Żyjemy w kraju ogromnych przemian społecznych i gospodarczych. Każde pokolenie żyje w zupełnie nowej rzeczywistości. Kiedy byłam dzieckiem, to było dla mnie naturalne, że rodzice mają gospodarstwo i że sąsiedzi mają gospodarstwa. Teraz już nie wystarczy dać z siebie wszystko, poświęcić się pracy w polu. Sprzedaż liczy się bardziej niż sama produkcja. Do tego jest bardzo trudny rynek zbytu – obserwujemy co roku coraz mniej warzywniaków, za to na każdym rogu supermarket. Bardzo trudno jest “wejść do sieci”. Dystrybucja jest opanowana przez duże globalne firmy i to one decydują, co jest na półkach. Jednocześnie, reklama w TV robi swoje: “kupuj taniej, najniższe ceny”. A polski rynek jest po brzegi zapchany żywnością z zagranicy. Nie jest łatwo polskim rolnikom. Ale nie poddajemy się! Znaleźliśmy swoją niszę.

Zajmuje się Pani PR i marketingiem w gospodarstwie. Da się je prowadzić, jak korporację? Musiała Pani długo przekonywać rodzinę do zmian, działań na Facebooku itd?

Kiedy 20 lat temu studiowałam ekonomię, pełna zapału opowiadałam rodzicom, jakie zmiany możemy wdrożyć, zrobić logo, wydrukować ładne etykiety, założyć stronę internetową. Ale usłyszałam, że po co, że to bez sensu, że jak się nudzę, to mogę wziąć haczkę i wyplewić ogórki w polu, a nie głupotami się zajmować. Potem po ukończeniu studiów i pracy w korporacji, już nie słuchając rodziców, zajęłam się logotypem, stroną www, specjalnymi woreczkami z naszym logo do pakowania kapusty prosto z beczki, tak by konsument wiedział, co je. To było około 15 lat temu. Wysłałam rodzicom wszystkie materiały, plakaty i te woreczki. A gdy przyjechałam na Święta Bożego Narodzenia, to znalazłam wszystko na dnie szuflady w kuchni, a w woreczki była zapakowana kiełbasa w zamrażarce. By doszło do zmian, musiało minąć więcej czasu. Mój powrót do Wrocławia, zbiegł się z objęciem gospodarstwa przez mojego brata Michała. I to był moment przełomowy. Wreszcie dostałam zielone światło i wolną rękę do działań. Założyłam profil na fb, stronę www, zrobiliśmy sobie rodzinne zdjęcia, piękne ulotki, logotypy i ruszyliśmy w świat z naszą marką. Nie jestem zawodowym marketingowcem ani PRowcem, pracowałam jako analityk finansowy. Nasze działania i praca w rodzinnym gospodarstwie zupełnie nie przypomina pracy w korporacji. Od pomysłu do decyzji, często wystarczy jeden dzień – nie ma długich analiz, procedur, spotkań, posiedzeń. Dużo szybciej podejmujemy decyzje i mamy niemal na wszystko wpływ. Od ziarenka, do produktu na stole. To jest niesamowite uczucie i odpowiedzialność – mieć wpływ, decydować, wdrażać, zmieniać, rozwijać. Oczywiście, do tego potrzebny jest zgrany zespół. Na szczęście, z bratem Michałem, jego żoną Ludmiłą i moim mężem Jarkiem, który odszedł z korporacji i do nas dołączył – świetnie się rozumiemy.

Walczy Pani o zachowanie marki i o to, by nie była podrabiana jak lwica. To duży rynkowy problem?

Przez wiele lat moi rodzice wytwarzali świetnej jakości kapustę i nigdy nie usłyszeli od pośredników, że jest wyjątkowa. Jedyne, co słyszeli, to, że trzeba zejść z ceny. Nigdy też nie kupowali innej kapusty (“bo po co, jak mają swoją”), więc nie wiedzieli, że są “kurą znoszącą złote jajka”. Tylko, że te złote jajka gromadził pośrednik. Sprzedawali wszystko dużemu odbiorcy, który pakował w swoje opakowania i to on zbierał laury. A z drugiej strony, dyktował niskie ceny, od których uzależniał odbiór dużych ilości. Z czasem ciężka praca, coraz trudniejsze warunki i większe koszty powodowały, że całość była nieopłacalna. A ile można pracować z sentymentu? Kiedy przestać dokładać? Wtedy wdrożyliśmy z Michałem zmiany i zaczęliśmy, właściwie od podstaw, budować markę dla produktu, który istniał już 50 lat na rynku. To jest niesamowite, że nie ważne kto produkuje, ważne kto nakleja etykietę albo precyzyjniej “kto jest wymieniony na etykiecie”. Przez te doświadczenia, można powiedzieć, że mam alergię na “wyprodukowano dla”, na tzw. marki własne. Nie ma tygodnia, żebyśmy nie dostali pytania, czy zgadzamy się na współpracę, ale dla kogoś, pod jego marką. Nie, nie zgadzamy się. Szalone? Może. Ale to my siejemy, sadzimy, plewimy, podlewamy, zbieramy, kisimy, pakujemy w słoiczki. Dlaczego mamy być pozbawieni poczucia dumy z naszych produktów? Dlaczego konsument ma o nas nie wiedzieć? Często wtedy słyszę: Ale my chcemy Wam pomóc! Serio? To sprzedajcie nasze produkty pod naszą marką. Tak jest fair. Dla producenta i konsumenta. To rolnik ryzykuje najwięcej: że mu słońce wypali albo deszcz podtopi, grad w 5 minut wytłucze całoroczną pracę lub w końcu, że sarny zjedzą w jedną noc 3 tysiące sadzonek kalafiora… Tak mieliśmy 3 lata temu. I co z tego, że dostaliśmy odszkodowanie za sadzonki, jak już nie mogliśmy posadzić nowych, bo było za późno i cały rok byliśmy bez kiszonego kalafiora? A taki pośrednik – kupi gdzie indziej, w końcu i tak nalepi swoją nazwę. Nasze gospodarstwo, to zdecydowanie nie jest korporacja i nigdy nie będzie. Nie działamy dla zysku za wszelką cenę. Bezcenne i najważniejsze są dla nas wartości i tradycje rodzinne, wysoka jakość naszych kiszonek, zdrowie na talerzu, poczucie dumy z kontynuacji naszego wielopokoleniowego dziedzictwa i troska o ziemię, przyrodę.

Zauważa Pani zwrot konsumentów do tego, co regionalne, lokalne, od rolnika?

Tak i bardzo się z tego cieszę. Chyba już przejedliśmy się tymi promocjami w marketach. I bardzo dobrze. I mam nadzieję, że nie jest to chwilowa moda na żywność lokalną. Bo faktycznie, jest walka o suwerenność żywnościową Polski. Jeśli jako konsumenci będziemy akceptować w marketach jabłka z Portugalii, czerwoną porzeczkę z Grecji, maliny z Ukrainy, a ziemniaki z Egiptu – to w końcu nikt w Polsce nie będzie już siał, sadził i uprawiał. I gdy już wykończymy naszymi decyzjami zakupowymi krajową produkcję żywności – staniemy się zależni w 100% od dostawców zagranicznych i wtedy dopiero będą nam dyktować ceny. Nie możemy do tego dopuścić. Każdy Niemiec wie, że kupując niemieckie, wspiera swoją gospodarkę. A my uwielbiamy wszystko, co zagraniczne. Rozumiem, że jest to efekt komunizmu, kiedy w Polsce nic nie było. Nagle na rynku było wszystko, takie ładne, kolorowe, pachnące, zagraniczne – a w tle upadały polskie zakłady. Nie dopuśćmy, by zniknęły polskie gospodarstwa. To one nas karmią. A jeść musimy codziennie. Dzieci często nie mają żadnych doświadczeń w polu, na wsi, nie mogą się pobrudzić, spocić, biegać. Co więcej – mamy już pierwsze dorosłe pokolenie, które niemal nie gotuje w domu, nie ma ogródków, nie wie jak faktycznie rosną podstawowe warzywa. Dlatego jestem zachwycona tym wielkim powrotem do natury, do podstaw, do prostoty. Potrzebujemy takiej żywieniowej edukacji, po to, by zamiast do apteki, chodzić na zakupy do warzywniaków, po zdrowie! Może i brzmi to wszystko radykalnie, ale ja wierzę w to, że każdy ma wpływ, każdy może zmieniać świat, codziennie – głosując portfelem. A zwykłe zakupy, wcale nie muszą być bezrefleksyjne. Powinny być odpowiedzialne. Co z tego, że kupimy kaszę gryczaną eko, z dopiskiem na etykiecie: kraj pochodzenia Chiny. Jakie to jest eko? Ogromny ślad węglowy pozostawiony podczas transportu. Wybierajmy świeże, lokalne, od sąsiadów. Czy wiecie, że warzywa i owoce z każdym dniem, każdą godziną od zerwania tracą jakiś procent witamin? Zdrowsze jest to, co rośnie blisko nas. I każdy wygrywa! W korporacyjny języku mamy win win.

Chcesz przeczytać cały artykuł?

https://agronomist.pl/artykuly/kapusciane-krolestwo-emilii-sznajder

https://agronomist.pl/

0 polubień
Poprzedni wpis: Kraina Otwartych Okiennic, czyli unikalne wsieNastępny wpis: Strażniczka tradycji ze wsi na końcu świata

Powiązane wpisy