Z doktoratem na pastwisko

Gdy jej koleżanki prosiły rodziców o wymarzoną lalkę, ona – będąc dzieckiem, marzyła o tym, by dostać w prezencie…kozę. Lata mijały i nawet kulturoznawcze studia na Uniwersytecie Jagiellońskim nie zmieniły jej pragnień. W końcu, dopięła swego. I tak zaczęła się jej hodowlana przygoda połączona z jej drugą pasją – Dalekim Wschodem. Jest jedną z polskich rolniczek, które produkują kozie sery. Jak sprawdza się hip hop tybetański w małopolskiej zagrodzie, sprawdziła Maria Sikorska, autorka telewizyjnego programu Agropasja.

-Skąd pomysł na hodowlę kóz?

-Może to śmiesznie zabrzmi, ale …marzyłam o posiadaniu kozy właściwie od kiedy pamiętam. Mieszkam na wsi, ale rodzice nigdy nie prowadzili gospodarstwa. Dlatego, gdy prosiłam rodziców, by kupili mi kozę, nie chcieli się zgodzić. Byli nieugięci. Nawet nie chcieli o tym słyszeć.

-To jak kozy trafiły na twoją łąkę?

-Gdy zaczynałam studia kulturoznawcze na Uniwersytecie Jagiellońskim, zarobiłam swoje pierwsze pieniądze. Wtedy postanowiłam spełnić swoje marzenie i potajemnie kupiłam kozę. Pierwszego dnia, gdy przywiozłam ją do ogródka, rodzice tego nie zauważyli. Na drugi dzień, rogaty gość został jednak dostrzeżony. Mama nie odzywała się wtedy do mnie dwa dni, oburzona, że dokonałam takiego zakupu za jej plecami. Wypominała mi to chyba z pół roku. Koza zaczęła swoją wizytę u nas od zjedzenia jej ulubionych kwiatów. Tata zmiękł. I tak się zaczęło. Do rodziców dotarło wtedy, że moje marzenie o hodowli kóz to nie mrzonki.

-Hodowlane marzenie sprawiło nawet, że postanowiłaś zdobyć fachową wiedzę weterynaryjną?

-Dokładnie, postanowiłam, że muszę być hodowlaną profesjonalistką. Dlatego z dumą potwierdzam, że jestem technikiem weterynarii. Kozy mogą się czuć ze mną bezpiecznie. Tym bardziej, że przygotowałam dla nich odpowiednie warunki.

-Profesjonalnie założyłaś więc gospodarstwo o tajemniczej nazwie – Pemako.

-Tak, studia kulturoznawcze szły swoim torem, a rozwój mojej hodowli drugim. Wedle wierzeń Tybetańczyków, gdzieś pośród himalajskich szczytów, istnieją ukryte krainy – miejsca pełne szeroko pojętej harmonii i prosperity. Trafić udaje się do nich tylko nielicznym szczęśliwcom, ale ci, którzy osiągną ten cel, znajdują tam schronienie od zgiełku i problemów tego świata oraz idealne warunki do szeroko pojętego rozwoju. Najsłynniejszą z owych „rajskich dolin” jest położona w pobliżu granicy z Indiami Pemako, czyli „kraina w kształcie lotosu”. Właśnie ta koncepcja – w połączeniu z obecną od dziecka miłością do kóz, stała się inspiracją do założenia własnego gospodarstwa. W efekcie powstała przestrzeń, gdzie wszystkie zwierzęta mają swoje miejsce, a pozyskiwanie mleka odbywa się w duchu wzajemnej wymiany i szacunku. To, wraz z naturalnym żywieniem oraz rzemieślniczymi metodami wytwarzania, owocuje powstawaniem serów i innych produktów, które są nie tylko zdrowe, ale również w pełni etyczne. Hoduję kozy w tradycyjny sposób, wolnowybiegowy. Czekamy teraz na powiększenie stada. Wkrótce jedna z kóz urodzi dwojaczki, a w sierpniu trzy kozy zostaną mamami.

-Widziałam, że kozy bardzo pozytywnie reagują na Twoje towarzystwo na łące.

-Żyjemy w symbiozie. Każda koza ma imię. Pierwsza w stadzie miała na imię Dolma, to odpowiednik tybetańskiej Tary – uosobienia współczucia i miłosierdzia. Wszyscy członkowie stada mają tybetańskie imiona i na nie reagują.

-Pasjonujesz się Tybetem?

-Tak, to obok hodowli kóz, moja druga miłość. Właśnie doktoryzuję się z hip hopu tybetańskiego. Stąd te orientalne akcenty w moim życiu i na łące.

-Czy to prawda, że można Ciebie spotkać na łące wśród kóz – jak tańczysz?

-Tak! Swego czasu zaczął mnie pasjonować taniec brzucha, czyli sztuka tańca wywodząca się z terenów Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej. Poza lekcjami tańca, ćwiczyłam i zdarza mi się nadal, ćwiczyć w gospodarstwie. Kóz już w ogóle to nie dziwi. Początkowo przypatrywały mi się z pewną podejrzliwością i wolały omijać mnie szerokim łukiem. Teraz uwiódł mnie modern jazz i hip hop, więc pojawiam się wśród kóz w trochę innych rytmach.

-Jakie sery najczęściej przygotowujesz?

-Głównie na bazie koziego mleka. Przygotowuję sery kozie świeże, dojrzewające i pleśniowe. Ostatnio zaczęłam także eksperymentować z mlekiem krowim. Kupuję je z sąsiedniej wsi – z klasztoru Bonifratrów, gdzie krowy mają dostęp do pastwiska, są hodowane w tradycyjny sposób. Teraz, z racji COVID-19, mam jeszcze więcej czasu, by tworzyć nowe kompozycje serowe. I tak powstał na przykład kozi serek inspirowany sycylijskim brin d’amour. Natarty nierafinowanym, niefiltrowanym olejem rzepakowym, a następnie obsypany mieszanką ziół kojarzących się z południem Europy i płatkami kwiatów. Prezentuje się pięknie, a za kilka tygodni okaże się, czy eksperyment wart jest powtórzenia. Jeżeli tak, serek na stałe wejdzie do mojego repertuaru.

-Zdradźmy tajemnicę, że poza serami, tworzysz również kosmetyki na bazie koziego mleka.

-Tak, tyle że tylko na użytek własny i rodziny. Od kilku lat – poza szamponem do włosów, nie kupuję kosmetyków do codziennej pielęgnacji typu balsam, krem na dzień, na noc. Wyrabiam mydła na kozim mleku, kremy na koziej siarze – na naturalnych olejach, o dużym wpływie na skórę. Przygotowuję sobie także pastę do zębów. Pod tym względem, dzięki hodowli kóz, jestem samowystarczalna.

-Musze przyznać, że poza serami, przygotowujesz pyszny sernik na bazie koziego mleka. Nigdy takiego nie jadłam!

-Tak, raczę tym sernikiem gości. Mleko kozie w serniku jest rzadko spotykane, a naprawdę nadaje niespotykany smak. Polecam – warto poeksperymentować z mlekiem kozim w kuchni!

Chcesz przeczytać cały artykuł?

https://agronomist.pl/articles/z-doktoratem-na-pastwisko

https://agronomist.pl/

0 polubień
Poprzedni wpis: Modne podróże szlakiem winnicNastępny wpis: Wiejskie teatry rosną w siłę!

Powiązane wpisy